Dwulatek mówi „Hello”, czyli nauka angielskiego w domu.

Categories Bez kategorii, ROZWÓJ DZIECKA

To będzie cykl postów, bo temat wielowątkowy i obszerny. Chcę Wam opowiedzieć, z jakich założeń w nauce angielskiego mojej dwuletniej córki wychodzę, jakie pomoce i narzędzia znalazłam, jakie zasady ustaliłam w naszej nauce, jakie efekty widzę w miarę upływu czasu.

Co ty wiesz o nauczaniu
Myślę, że aby bawić się z dzieckiem językiem angielskim, wcale nie trzeba być anglistą. Sądzę, że własna, kilkuletnia edukacja większość osób wprowadziła w najważniejsze kwestie w zakresie nauki języka obcego 🙂 Dla mnie angielski był od zawsze ulubionym przedmiotem, studiowałam filologię szwedzką z językiem angielskim, w czasie studiów uczyłam dzieci angielskiego metodą Helen Doron (to były pradawne czasy, w których ta metoda w ogóle pojawiła się na rynku :)), udzielałam korepetycji z angielskiego, a potem pracowałam jako e-marketingowiec w wydawnictwie, które tworzy programy do nauki języków, w tym program, z którym razem z Heleną zaczęłyśmy przygodę i który Wam opiszę.

Założenia

  1. Nie oczekuję (spektakularnych) efektów.
    Przede wszystkim, musimy uświadomić sobie, że nasze dziecko z pewnością nie będzie pierwszym, które dzięki nauce w domu stanie się bilingualne 😉 Im mniej spektakularnych efektów oczekujesz, tym lepiej. Jak we wszystkich dziedzinach, maluchy mają swoje tempo i dynamikę pokazywania nabytych umiejętności. Jedno jest (dla mnie) pewne – samo to, że moje dziecko osłuchuje się z angielskim, to już baaardzo fajnie i wystarczy. Jeśli zacznie powtarzać, to hip hip hurray🙂 Ogólnie, wychodzę z założenia, aby nie naciskać, tylko jak najbardziej podtrzymywać odczucie fun’u z poznawania języka. Kiedy pracowałam jako nauczycielka Helen Doron, po 2 – 4 miesiącach zajęć niektórzy rodzice podchodzili i pytali kiedy dziecko zacznie mówić po angielsku. Zawsze w nauce języka mówienie przychodzi ostatnie! Nawet jeśli uczysz się języka naturalnie (czyli swojego macierzystego języka). Wystarczy przypomnieć sobie, jak maluch uczył się swojego macierzystego języka, ile czasu mu to zajęło.
  2. To nie nauka tylko fun
    Wybierzmy takie pomoce w nauce angielskiego, aby były jak najbardziej atrakcyjne dla dziecka. Ja wybrałam na pierwszy ogień program „Moje pierwsze słówka angielskie” wydawnictwa SuperMemo World. Znam ten program od lat, ale dopiero teraz mogę spojrzeć na niego ze strony rodzica. Widzę sporo fajnych, garść  niefajnych aspektów, ale jedno jest pewne – moja córka od 14 dni, codziennie rano cieszy się z faktu, że pobawimy się ze Smokiem Memo. I póki tak jest, jest dobrze. Gdy przestanie się cieszyć, szybko zmienię narzędzia i sposób nauki. Swoją drogą, dla zaspokojenia własnej ciekawości chcę przetestować sporo takich pomocy naukowych.
  3. Programy i aplikacje
    Ech, najchętniej bawiłabym się z książkami, ale dla dwulatki nie są one tak atrakcyjne jak komputer. To była moja największa obawa przy wyborze programu multimedialnego do nauki angielskiego. Po pierwsze dlatego, że z komputera pozwalamy Helenie korzystać w minimalnym zakresie – wyłącznie na zasadzie wieczorynki (nie mamy telewizora). Po drugie dlatego, że Helena nie umie w ogóle obsługiwać myszki ani tym bardziej touchpada. Mogłam wybrać aplikacje na smartfonie („Moje pierwsze słówka angielskie” są dostępne w tej wersji), ale ostatnią rzeczą jaką chcę robić to stwarzać okazje do zabawy na smartfonie. Najzwyczajniej w świecie wiem, że od komputera łatwiej ją odciągnę. Z drugiej strony, na plusie jest to, że Helena nad wyraz chętnie zasiada do zabawy przy komputerze.

    OFFTOP: W kwestii udostępniania urządzeń multimedialnych, wychodzę z kilku założeń podyktowanych moimi obserwacjami córki, i przed wyborem pomocy do nauki angielskiego skonfrontowałam te swoje zasady z ewentualnymi korzyściami jakie może przynieść korzystanie z aplikacji komputerowej. O samym programie, którego głównym bohaterem jest Smok Memo (lub też Memo the Dragon), napiszę osobnego posta. 

  4. JUST DO IT
    To założenie najważniejsze dla mnie jako rodzica. Zanim zaczęłyśmy się uczyć, planowałam przeczytać dostępną literaturę w tym temacie, żeby nie popełnić jakiegoś karygodnego błędu. Mhm, jasne. Za trzy lata znajdę na to czas 🙂 Dlatego po prostu zaczęłam to robić, korzystając z wcześniejszych doświadczeń (patrz akapit „Co ty wiesz o nauczaniu”). Myślę, że więcej złego płynie z niezrobienia czegoś niż ze zrobienia tego nie do końca perfekcyjnie. Zatem nie przeprowadziłam analizy wszystkich dostępnych na rynku pomocy naukowych do nauki angielskiego dzieci, tylko wzięłam pierwszą lepszą mi znaną i odpaliłam ją. Chodzi o to, aby się nadmiernie nie przejmować tym w jaki sposób uczy się angielskiego dziecko w domu. Z grubsza rzecz ujmując, ważne, aby to robić. I drugie ważne – aby robić to systematycznie.

Efekty po dwóch tygodniach
Uczymy się codziennie rano – wyjątkiem był weekend wyjazdu na wesele. Mimo moich założeń co do nieoczekiwania efektów, wiadomo, że obserwuję córkę aby ustalić, czy idziemy w dobrym kierunku. Póki co jestem very happy, ponieważ:
– Helena powtarza sama z siebie wybrane wybrane wyrazy, które słyszy podczas zabawy ze Smokiem Memo.
– Identyfikuje bezbłędnie „monkey”, „tiger”, „crocodile”, „tortoise” i kilka innych, generalnie zwierzątka rządzą 🙂
Śpiewa razem ze mną w ciągu dnia „head, shoulders knees and toes”, powtarza zamną piosenkę po angielsku! Cieszy mnie to bardzo, bo kiedy jeszcze pół roku temu czasami mówiłam coś do niej po angielsku, wyraźnie się denerwowała – nie czuła się zbyt bezpiecznie kiedy mama dziwnie mówiła.
– Czasami biorę książeczkę „Crunchy Coco” z krokodylem – pacynką i jako krokodyl mówię do Heleny po angielsku. Odpowiada mi „Hello”, „Bye”, kiedy pytam „Can I give you a kiss” nadstawia dzióbka, słowem – reaguje prawidłowo na angielskie hasła 🙂

 

0 thoughts on “Dwulatek mówi „Hello”, czyli nauka angielskiego w domu.

  1. Mam dwuletniego synka i do tej pory myślałam, że jest za wcześnie na poznawanie innych języków, skoro nawet polskiego jeszcze nie opanował. Myślałam, że nauka tak małych dzieci języków obcych jest sztucznie nadmuchiwaną potrzebą. Do czasu. Mieszko zachorował i zabrałam go do przychodni. Było dużo dzieci i duża kolejka. Z nudów wziął do zabawy układankę z Teletubisiami. Nie oglądamy bajek i nie wiem jak poszczególne Teletubisie mają na imię, więc nazwałam jej zgodnie z kolorem ich ubrania. I jakież było moje zdziwienie jak po kilku „co to jest?” i moich powtórzeniach „green, red, yellow, blue (chociaż ten blue to naciągany jest 🙂 ), zaczęło samo pokazywać na poszczególne postacie i określać ich kolory. W domu znalazł czerwone i niebieskie auto, podszedł do mnie i powiedział „blue auto”, „red auto” 🙂 Od tej chwili widzę w nauce tak małego dziecko sens 🙂
    „Hello” z kolei nauczyła go mówić moja mama, która absolutnie nie potrafi się posługiwać angielskim 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *